czwartek, 14 lipca 2011

Wczoraj też była zima


Padał śnieg. Grube, białe płatki leniwie wysypywały się z nisko zawieszonych nad ziemią chmur. Wydawać by się mogło, że dachy niektórych domów zaczynają tonąć w tym mglistym, perłowym szalu mrozu, który powoli ogarniał miasto. Po szklanych ulicach przetaczały się dźwięki nadciągającej zimy – szelest liści już dawno przerodził się w nierównomierny, tępy świst wiatru, a słoneczne promienie mocno przybladły. 
Cyprian siedział samotnie przy oknie, wypatrując czegoś w szaleńczym wirze bieli. Miał wrażenie, że ten chłodny poranek dodaje mu sił, choć początkowo wprawiał w osłupienie, gdyż nie spodziewał się tak szybkiego i niespodziewanego nadejścia zimy. Dziwne, wczoraj jeszcze na dobre rozpanoszyła się jesień, przedwczoraj czuć było wiosnę i żar lata, a teraz musi czym prędzej okryć się ciepłym kocem, żeby nie zmarznąć.
Cyprian miał siedemnaście lat i bardzo często porównywał się do innych. Wiedział, że to co robi, nie jest dobre, bo zapędza go w kompleksy. Nie potrafił się powstrzymać – robił to zawsze, gdy spotkał kogoś utalentowanego, w pełni zdrowego z wyraźnym „przyszłościowym zarysem”. Następowała wtedy blokada – wieczny żal, pretensje do samego siebie i dziwne myśli, których potoku nie był w stanie zatrzymać. Uderzało to wszystko w niego z impetem, wypełniało głowę, a próbując wyjść przez uszy, ponownie wlatywało przez nos. Nie znał swojej wartości, nie wiedział dokładnie na co go stać, gdyż zawsze wycofywał się w cień z cichym „nie potrafię”. Jedyne co naprawdę lubił, to siedzenie pod kocem w takie poranki, jak ten. Sączył kawę i upajał się jej zapachem. Wdychał kofeinę przez nozdrza i pozwalał, by senne resztki nocy zastępował blask orzeźwienia. Ale kiedy wypił już wszystko, a w firanki wsiąknęły ostatnie aromaty, wszystko przybierało szary kolor, stawało się chirurgicznie zimne i obce, jakby znów miało się ułożyć do snu, zapomnieć.
Czasami próbował wyjść ze swojego pokoju. Niestety, rzadko kiedy mu się to udawało. Bardzo długo zbierał się w sobie, próbował przezwyciężyć lęk przed pociągnięciem za klamkę od drzwi, jednakże zawsze zostawał i w tej dyscyplinie bezwzględnie pokonywany. Choć pokój był ładnie i nowocześnie urządzony, to Cyprian miał go dość. Te wszystkie książki na półkach, pedantycznie ułożone ubrania w szafkach, a nawet obrazy i plakaty wiszące na ścianach, zdawały się w niego wpatrywać, wlepiać swoje olbrzymie ślepia w jego postać  zastygłą w bezruchu pomiędzy oknem a łóżkiem.
Tego dnia, gdy zima zadomowiła się za oknem na całej linii, Cyprian liczył płatki śniegu na szybie, które przystawały tam na chwilę w codziennej gonitwie. Nie potrafił się skupić. Wszystko go rozpraszało, znów do niego przemawiało i czegoś chciało. 
¾      Odezwij się do mnie – powiedział po chwili milczenia ksiądz Tomasz, wyłaniając się z porannego mroku, który okalał ściany – Albo chociaż odwróć się. Posłuchaj mnie przez chwilę.
¾      Ach… Ciszej, proszę księdza. Ciszej. Wystarczająco męczy mnie już ten zegar stojący na półce, który tyka i tyka cały dzień… Nie daje mi żyć i myśleć, funkcjonować, oddychać. Po prostu, proszę być ciszej, bo sam nie wiem, gdzie moje myśli a gdzie pański głos, w którym miejscu zaczyna się tykanie zegara,
a w którym kończy się dźwięk moich słów.
Ksiądz Tomasz zamilkł i lekko spuszczając głowę usiadł na łóżku. Na jego starej, schorowanej twarzy malowało się rozczarowanie, ale zarazem ogromny smutek i bezradność. Choć przychodził do tego chłopaka codziennie rano, to nie potrafił rozpalić w nim chęci do życia. Nieudane próby podtrzymywania go na duchu trwały już od kilku miesięcy, właściwie od momentu, kiedy to po raz pierwszy przekroczył próg tego pokoju.
¾      Dlaczego zawsze jest tak samo, gdy cię odwiedzam? – odezwał się, wyrywając Cypriana
z głębokiego zamyślenia. – Staram się ci pomóc, chciałbym… Z całego serca. Nie wiem, nie mam pojęcia dlaczego się nie udaje, nie posunęliśmy się ani o krok. Gdzie leży błąd? Czy we mnie? Wierz mi, chłopcze, że modlę się codziennie…
¾      Mam gdzieś twoje modlitwy! Chrzanię twojego Boga! – wybuchnął chłopak, gwałtownie obracając głowę ku księdzu. – Jego nie ma! A ty jesteś zwykłym skretyniałym, starym i niedołężnym umysłowo człowiekiem, zapatrzonym w swój niebiański ołtarzyk ze śnieżnobiałym barankiem! Czego w ogóle ode mnie chcesz?!
Krzyczał. Taka czcza gadka działała na chłopca jak płachta na byka. Obelgi i wyzwiska uderzały
w księdza Tomasza z zawrotną prędkością, ten natomiast tylko słuchał, próbując nawiązać choćby kontakt wzrokowy; Cyprian był jeszcze zbyt roztrzęsiony, żeby patrzeć na niego choć przez kilka sekund. Chciał wyrzucić z siebie cały żal, ale tylko lekko zaszkliły mu się oczy. Przygryzł nerwowo język i zamilkł.
¾      Mam cię dość. Wyjdź i nie wracaj. Nie jesteś mi w żaden sposób potrzebny! – wrzasnął i ponownie odwrócił głowę w kierunku okna.
¾      Synu mój…
¾      Wyjdź, wyjdź, wyjdź! I nie jestem twoim synem. – próbował uchwycić wzrokiem jakiś jeden płatek śniegu, żeby się odstresować, ale jak na złość śnieg przestał padać a przez szybę do pokoju zaczęły wpadać bladozłote promienie słońca. – Doprawdy, odprowadziłbym cię, ale jak sam widzisz jest to… niewykonalne.
Ostatnie słowa zabrzęczały księdzu w uszach najbardziej. Jakaś niewidzialna pętla zacisnęła mu się dookoła szyi, kończyny zdawały się być z kamienia, na dodatek czuł jakiś niewidzialny łańcuch, który nierozerwalnie łączy je z łóżkiem. Wzrok księdza wbrew jego woli powędrował w stronę wózka, na którym siedział Cyprian. Starał się, by chłopak nie zauważył, że mu się przygląda, wiedział, ze wtedy straciłby resztki szacunku w jego oczach. Ksiądz zdawał sobie sprawę z tego, że cierpienie, jakiemu jest poddawany jego wychowanek ma wymiar niewyobrażalny, a źródłem był właśnie ten wózek, który towarzyszył mu o każdej porze dnia.
Cyprian czuł się więźniem nie tylko pokoju, który usidlił go już dawno w swoich ścianach, ale także więźniem tego przedmiotu, bez którego nie mógł przemieścić się choćby po książkę na drugi koniec pomieszczenia. Wózek na samym początku wysysać z niego nadzieję i wiarę. Potem kolor straciło niebo, słońce, trawy i drzewa. Wszystko dookoła stało się nienaturalnie ciche. Marzenia prysły jak bańka mydlana, a każdy dzień dłużył się niemiłosiernie w oczekiwaniu na niewiadome. To wszystko przez też ten niefortunny skok do wody… Teraz całe dnie spędza w pustce, w białym, kartonowym pudełku. Tak bardzo znienawidził samego siebie za to, że dał się namówić kolegom. Poszło o honor, o podziw, akceptację. Gdzie oni teraz są? Jakby nigdy ich nie było…  
¾      Zaraz mi powiesz, że cierpienie jest wartością. Chcesz ze mnie zrobić Hioba? Doprawdy, jeśli masz mówić w ten sposób to daruj sobie. Bóg, Bóg, Bóg! Dawno już przestałem w niego wierzyć, dawno przekonałem się, że nie istnieje – chłopak zmrużył oczy, gdy słońce zaświeciło mu w twarz. Krzywiąc odwrócił się w stronę księdza, który nadal siedział na łóżku. Popychając lśniące koła wózka, dobił lekko do jego nóg obejmując je mocno w kolanach. – Dziwisz mi się?
¾      Nie. Dziwię się sobie, że nie potrafię wyciągnąć cię z tego.
¾      Nie martw się. Nikt nie potrafi.
Ksiądz powoli wstał z łóżka, chyba chciał jeszcze coś powiedzieć, ale Cyprian szybko odjechał w tył, ponownie kierując twarz ku oknu. Po kilku sekundach drzwi trzasnęły i chłopak został sam. Znów sam. Wiedział, że przemawiała przez niego gorycz i złość. Tak naprawdę nie otrząsnął się jeszcze po wypadku, nie wybaczył sobie, choć minęło od tego czasu już kilka miesięcy. Usychał, więdnął z dnia na dzień, złość niszczyła go od środka, tłumiony gniew parzył jak ogień. Tak. To wszystko było takie realne, prawdziwe, ale on przecież żyje w jednej wielkiej fikcji, teatrzyku, upozorowanym zdarzeniu… Za każdym razem, kiedy budził się o świcie i chciał ruszyć nogą – nie potrafił, nie był w stanie poruszyć palcem. Zastanawiał się, dlaczego reżyser, który kierował Cyprianem-marionetką, nie zajmuje się nogami, dlaczego każe jeździć mu na wózku, krążyć bezsensownie i bez celu po pokoju, drzeć włosy z głowy, krzyczeć popołudniami na zegar… tyk, tyk, tyk… czytać w kółko te same książki… tyk, tyk i znów ten cholerny zegar i znów świt. Nie może ruszyć nogami, zimno, koc, kawa, okno, śnieg, słońce, księżyc, zegar i tyk, tyk, tyk… a wózek sam brnie po pokoju, odjeżdża
i nie przyjedzie już. Błagał, żeby nie wrócił, ale wracał za każdym razem, sam okrążał pokój, odbijał się od ścian
i zawsze czekał na niego, zapraszał na siebie, żeby móc się przejechać, razem znów odwiedzić każdy zakamarek więzienia, oklepać ściany, poszeptać do nich, przywitać się z tymi samymi książkami co wczoraj i przedwczoraj i miesiąc temu. A ten księżulek, który przychodzi co ranek a on musi go odpędzać od siebie
i wyganiać… nienawidzi go, jak on go nie znosi… Mówi o Bogu, o cierpieniu, a przecież Cyprian doskonale sam wiedział, co to jest cierpienie, czuł je codziennie, wypełniało go od stóp do głów! Nie musiał, nie chciał słuchać tych pseudo wykładów. Tyk, tyk, tyk… Zatrzymajcie ten zegar! Błagał. Prosił. Tyk… Już znów od ściany do ściany… tyk… Z wózkiem, na wózku, pod wózkiem… tyk, tyk… koło wózka, z wózkiem… tyk, tyk… o wózku, dla wózka… tyk, tyk…
Ostatnie, co pamiętał to zapach kawy, który wypełniał mu nozdrza. A może to była krew? Nie wie, nigdy nie czuł krwi, może ma ten sam zapach co kawa? I pamięta jeszcze jedno: jak leżał na ziemi, a wszystko ściemniało się i ściemniało, ale powoli. Mały diabełek przypinał mu odważniki do powiek, które ciągnięte w dół były coraz niżej i niżej. Nie potrafił nic powiedzieć, nie miał języka, już nawet nie miał oczu. Teraz tak bardzo kogoś potrzebował, tak bardzo chciał, żeby ktoś przy nim był… A nie było nikogo.
Tyk, tyk, tyk, tyk…

Dariusz Fijoł  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz