czwartek, 14 lipca 2011

PALARNIA

Frykasy



-   Mówię ci, ostatnio na nic mi nie starcza! Na nic! Kasa przelatuje przez palce, jak piach. – mówi pierwszy uczeń nieco zgarbiony, trzęsący się. Jest zimno, nadchodzi jesień. W palcach, zgrabnym uchwytem trzyma papierosa – Popularne, bez filtra. Ale mu to nie przeszkadza. Liczy się, że ma.   
Palarnia to nic innego, jak miejsce postoju. Palarnia to czas, sytuacja, zdarzenie. Nie ważne, czy się opiera o mur, ogląda na nim powypisywane kredą hasła, złote myśli, przekleństwa i wyznania miłości. Można usiąść na zielonej ławce, gapić się gdzieś przed siebie, palić. Tak, to jest najważniejsze, najistotniejsze, to czynność docelowa. Samotnie stojący kosz. Strzałki nad nim – „pety do kubła”. Bo co tydzień mają zmianę przy sprzątaniu, by nie było brudno, ku estetycznemu rozmyślaniu. Zanurzamy się tutaj, toniemy w dymie, raku płuc, codziennej szarości.
-   No daj, daj pojary.
Nie ma, nie ma bo ostatnią pali. A k u r a t ostatnią. No, jakby miał to by dał! Takie jest życie, jak się ma coś ostatniego, to tylko dla siebie, na wyłączność. Bo ostatnie i więcej nie będzie. Wtedy człowiek staje się indywidualnością, w pełni zajętym sobą. Robi się innym smaka tą ostatnią rzeczą. Jak tylko się da, jak potrafi najdobitniej. Niby nie specjalnie, przypadkiem, nieświadomie. Cmokając ustami, przewracając oczami. Och, ach.
I wdychają sobie uczniaki przyjemności – pozmielane, poszatkowane, poupychane w białe poskręcane karteczki. 
I już można palić, można delektować się tymi Popularnymi bez filtra, frykasy. No, ale co zrobić, jak kasa przelatuje przez palce, jak piach? Była – nie ma.   
Uczennice


        Stoją i narzekają. Jedna z nich gmera w torebce –  blondynka, oparta o brązowy mur, tuż koło kosza na śmieci, na pety, na zdezelowane swoje pseudofilozofie. Na niezrealizowane marzenia i cele, które poszły jak ten powyginany papieros w kosz. Na samo dno. Już obraca w roztrzęsionych palcach, ten jedyny przedmiot relaksu, odpoczynku, spoczynku, głębokiego wyrzucenia z siebie ciężaru dnia. Chociaż jest ranek, to wszystko wydaje się za słone i za gorzkie jednocześnie. Wieje ostry, jesienny wiatr. Nie ma słońca, są tylko chmury. Chmury, ciemne chmury. Czarnoczarniejszy, czarnobordowy izolator. Zaraz zwali im się to wszystko na głowy, runie i przysypie, pogrzebie.
-   Nie mam zapalniczki… – szuka w torebce. A w drugiej ręce ściska tą fajkę, te swoje wybawienie, jakby bała się, że porywczy wiatr brutalnie je wyrwie. Tyle by zostało z ostatniej i zarazem pierwszej przyjemności tego poranka, czyli nic. Druga uczennica cierpliwie czeka. Zaspana, wyrwana ze snu przez upierdliwy budzik, upierdliwego psa i upierdliwą matkę, która podstawiła jej pod nos kanapeczki, herbatkę i „dzień dobry, kochanie” i „miłego dnia”. Za słona herbatka, za słone kanapeczki. A w ustach gorzki smak i gorzki jęzor psa na te „dzień dobry”, bakterie, zarazki. Wiatr, jesień, szkoła. Autobus. Szósta trzydzieści cztery.
-   Mam, mam! – w końcu blondynka zwycięsko wyciąga zapalniczkę. Od razu odpala, zaciąga się. Do płuc, przez język, krtań. Głęboko, mocno. I wydech i dym. Migocze, błyszczy się na tle tej jesiennej szarowizny, znika. Już obie palą, uśmiechają się, milczą. Wypuszczają ze swoich młodych, pełnych ust dym, wiatr. I miłego dnia, kochanie.


Przegrana po raz wtóry

                Misza oparł się mur. Z kieszeni wyciągnął paczkę papierosów, odpalił jednego – zaciągnął się, wypuścił dym. Czynność wręcz rutynowa, ale sprawiająca za każdym razem dziwną przyjemność, nawet lepszą od samego palenia. To, jak zacząć, wyciągnąć podłużny rulonik z paczki, obrócić w palcach dwa razy, jak pieniądz – potem tylko zapalniczką przeciąć końcówkę. I już go nie ma, to nie on. Misza przestał istnieć, rozpłynął się w zabójczym nałogu, umarł. Jego ciało wstrząsały dreszcze – był ubrany tylko w cienką bluzę i wytarte spodnie a wiał ostry wiatr, który bezlitośnie szarpał mu włosy. Mrużąc oczy rozejrzał się po placyku. Przy ławce stały dwie uczennice, plotkowały, dalej jacyś mężczyźni, którzy co chwilę spoglądali to na dziewczyny to na niego.
-   Ale się na ciebie lampiła, mówię ci! – opowiadała pierwsza robiąc dziwną minę. 
-   No nie gadaj!  
Jak on tego nie znosił. Żeby przy rytualnym wyciszaniu jeszcze musiały przeszkadzać mu jakieś dziewuchy
z jęzorami dłuższymi niż one same! Ale nikomu nie może zakazać tu być, to miejsce publiczne. Szkoda. Postarał się nie zwracać na nie uwagi. Została mu jeszcze chwilka „nie życia”, przyjemnego nie ingerowania w otoczenie – wypalił prawie pół papierosa. Czas płynie za szybko.
  Misza przez prawie pięć minut zastanawiał się nad swoim życiem. Robi to bardzo często, ostatnio nawet częściej niż powinien. Każdy człowiek ma takie chwile, w których rozmarza się, zastanawia, duma o wszystkim i o niczym. Tak bez celu i z jakimś celem jednocześnie. Przez moment myślał co będzie jutro, pojutrze, co się stanie z nim samym za rok, czy kiedy skończy szkołę. Gdy palił, po prostu zamieniał się w życiowego filozofa, zastanawiał się też, czy jest w stanie coś zmienić. Czuł w sobie siłę – dym, papieros, chwila, ale niestety tylko przez tą chwilę, kiedy opiera się o mur, zaciąga. Kiedy fajka ląduje na dnie kubła razem z innymi, wtedy wszystko jak jakiś czar – ulatnia się, to poczucie zmian po kilku sekundach jest tylko niezrealizowanym zamiarem, nieudanym planem. Za kilka godzin i jutro, pojutrze znów spróbuje, pomyśli, przegra.



Dariusz Fijoł  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz