czwartek, 14 lipca 2011

Anglia

Wszelkie wakacyjne wyjazdy obfitują różnorakimi wzlotami i upadkami,  chwilami mniej lub bardziej godnymi uwagi,  czy momentami od których cierpnie skóra. Lecz dzięki takim właśnie wydarzeniom powstają rodzinne mitologie, wzory archetypów wykorzystywanych z mniejszym lub większym powodzeniem przez potomność.

Obładowani ciężkimi bagażami (i prawie trzystuletnią historią Polskiej emigracji – tej szlachetnej dzięki której powstają narodowe epopeje i tej mniej dostojnej która za to w ubogich czasach komunizmu podtrzymywała finanse polskich rodzin) stajemy na lotnisku Johna Lennona, a pierwsze słowo które dobiega ku naszym oszołomionym zmysłom to ożywiona czynem i głosem pewna sprzedajna pani, którą w bardzo efektowny sposób naśladuje Polski robotnik majstrujący coś przy rampie, potem szybko poznajemy Keitcha (naszego koordynatora) i w jego obładowanym vanie wyruszamy na podbój Liverpoolu.



 Pierwsze dni to ustawiczna walka z wszelkimi czystymi powierzchniami, wysprzątanymi miejscami i obcymi zapachami, tak by domek wypożyczony przez naszego głównego bossa nabrał trochę swojskich klimatów rodem z naszych pokoi. Następnie przystąpiliśmy do sukcesywnego przeczesywania okolicy, która jak się okazało była malutką mieściną otoczoną z każdej strony zielonymi łąkami i zagrodami dla wszelkich stworzeń parzystokopytnych, a owy Liverpool był tylko odległym punktem na horyzoncie. Muszę też wspomnieć, iż w drugi dzień naszych zmagań nasz kompan Karol zauważył w pewnym sklepie niezwykły napój o pięknej nazwie – „Zimny Jack” który niedługo stał się  naszym przyjacielem pomagającym  w najgorszych chwilach rozpaczy, zawsze miał dla nas dobre słowo i ramiona, w które mogliśmy się wypłakać. Pod koniec wyprawy to odkrycie przebiło muzeum Beatlasów i doki Alberta, zgodnym chórem nadaliśmy mu rangę kolumbowej Ameryki, a Karol dzięki swojemu uporowi i niezmordowanej ambicji na trwałe wpisał się w historie polskiej emigracji.
Po tych przemiłych chwilach, które tylko zaostrzyły nasz apetyt na zdobycie prawdziwej fortuny z wielkim zapałem i poświęceniem rzuciliśmy się w wir codziennej pracy, która jak się nie długo okazało, była całkiem znośna. Naszym głównym zajęciem było wyrywanie wszelkich niestosowności, które czasem w swoim dialogu z marnymi istotami ludzkimi wyrwą się matce ziemi. Zajmowaliśmy się także zbieractwem owoców na skalę światową, osiem godzin dziennie, siedem razy w tygodniu.  Dzięki naszym skromnym osobom 70 procent Anglików otrzymało w te wakacje niezbędną do życia porcje witamin, którą my niestety przyswoiliśmy sobie zbyt szybko i po około tygodniu  z wielkim uprzedzeniem odnosiliśmy się do coraz bardziej słodkich truskawek, malin czy jeżyn...



 Pewnego dnia padł rozkaz polegający na postawieniu uroczej lamie, którą nasz gospodarz hodował, schronienia przed zimnymi wiatrami i siekącymi kroplami deszczu, musieliśmy sprężyć wszystkie swoje siły by powstała idealna stodoła zdolna do odparcia zakusów wścibskiej angielskiej pogody. Po kilku naradach których nie powstydzili by się rodowici mieszkańcy ameryki wydeptaliśmy swoją ścieżkę wojenną by  wkrótce stanęła na jej groźnym obliczu, trochę krzywa i śmiesznie (dla osoby oglądającej naszą świątynie z zewnątrz) trzeszcząca stodoła . Tak więc pozostało po nas coś więcej niż wyzbierane pole czy stosy uprzątanego gnoju, śmiem twierdzić iż zbudowaliśmy sobie pomnik trwalszy niż z spiżu.
Chciałbym także obalić mit na temat naturalnych zachowań Anglików, ludzie ci wbrew utartym stereotypom nie kochają najbardziej na świecie swojej królowej czy  Merry Poppins. To, że mieszkają na  samotnej wyspie wcale nie przeszkadza im w byciu tak bardzo otwartymi ludźmi, że w końcu przyjęli pod swój dach bandę nieokrzesanych dzikusów z centralnej Europy.. A sprawa dotycząca krykieta? No, tu się muszę zgodzić, choć staraliśmy się bardzo, to za żadne skarby (nawet pieniężnej gratyfikacji) nie mogliśmy pojąć i pokochać tych dziwnych strojów i zasad które panują na trawniku, którego nie powstydził by się Belweder.
Po dwóch miesiącach pracy i zajęciom, które za cel postawiły sobie uszczuplenie jej plonów, przyszedł kres naszych zagranicznych wojaży a tak jak przystało na każdy porządny koniec należy podsumować ten mile spędzony czas :
 -Po tej wyprawie każdy z nas posiada osobne konto w banku szwajcarskim i wysepkę na morzu karaibskim
 -Nasza wiedza na temat Europy i zamieszkujących jej ludów została gwałtownie rozszerzona
-Pewien pienisty trunek jest nie tylko trudno dostępny w Otago, a pewni Anglicy wiedzą, że Polska nie leży koło Jugosławii i nie w naszym zwyczaju jest rozpalanie ognisk w domach.

Igor Jarek

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz