czwartek, 14 lipca 2011

Uzależnieni od sztuki



Wszelkie uzależnienia należy leczyć pod okiem specjalistów w klinikach medycznych, jednak szczególny przypadek stanowią osoby uzależnione od teatru. Ale nasza wspaniała służba zdrowia i takim osobom dała możliwość leczenia. Terapia odbyła się 27 stycznia w Miejskim Centrum Ostatniej Nadziei w Mysłowicach (zwanym niekiedy Miejskim Centrum Kultury), gdzie już od samego progu wszyscy chorzy zostali dokładnie przebadani przez pielęgniarki. Nad powodzeniem operacji czuwał doktor Lucjan Kwaśniak, aplikując na wstępie „Dawkę Śmiertelną”.
Pierwszą część terapii było rozpoznanie choroby i analiza jej historii według „Czarnego scenariusza”.
Spektakl jest odbiciem smutnej rzeczywistości, do której zmierzamy. Ukazuje zagubienie człowieka pośród istot, które są z człowieczeństwa zupełnie wyzute.
Niezwykle obrazowe sceny świetnie oddają przesłanie całego spektaklu. Już w pierwszych sekundach trwanie przedstawienia, obecna jest głęboka symbolika postaci – tutaj pierwszych ludzi Adama i Ewy. Natomiast, kiedy piękne jabłko rozpryskuje się pod uderzeniem młota, nikt już nie ma wątpliwości, co do dalszej fabuły. Istotnie zaraz później na scenie rozgorzała niesamowita, pełna dynamizmu walka, w której aktorzy zręcznie posługiwali się ciężkimi narzędziami. Na polu bitwy pozostał ten przegrany człowiek, który poniósł wiele ran, a największą na sercu. Każdy z widzów mógł wówczas spytać samego siebie, kim on sam jest w życiu, czy tym pokrzywdzonym, czy może jednym z tych, którzy egoistycznie czynią z życia bratobójczą wojnę. W kolejnej scenie mogliśmy podziwiać niezwykłą postać władcy, któremu można by śmiało nadać miano „rządcy ludzkich dusz”. W tę wyrazistą postać wcielił się sam instruktor Black L. W jednej chwili można było zobaczyć groteskową scenę, w której idealnie zostało zobrazowane służalczość, wyścig szczurów i propaganda (poprzez np. dosłowne „karmienie” informacjami). Można było powiedzieć jednym zdaniem: oto dyrygent i posłuszne mu kukły. Choć jak pokazuje ”Czarny scenariusz”, po każdego śmierć się upomni, choć nawet w agonii możne jeszcze kąsać. Ciekawym wątkiem przedstawienia był moment zabijania win, która w postaci taśmy magnetofonowej rodziła się kilometrami, aż w końcu zupełnie zaścieliła świat, pełen trupów. Wówczas na scenie, będącej istnym cmentarzyskiem pojawia się biblijny Adam, któremu „(...) sztylety przeszły aż w duszę.”. Jego wrażliwość i empatia podsycane zagubieniem wśród rzeczywistości sprawiają, że postać ta na wzór mickiewiczowskiego Konrada „za miliony cierpi katusze” i ze łzami w oczach pyta: „Kto napisał czarny scenariusz?”. Na sam koniec sztuki, przez scenę przechodzi dwóch aktorów w kombinezonach, którzy muszą oczyścić świat z trucizny, aby mógł być na nowo zamieszkany.
Było to wstrząsające przedstawienie, które od momentu pojawienia się na scenie w zeszłym roku, każdorazowo wywołuje wiele emocji, skrajnych uczuć a przede wszystkim skłania każdego z widzów do osobistej wycieczki w głąb, aby na pytanie o autora „czarnego scenariusza” nie odpowiedziało jedynie milczenie. Dzięki wspaniale dobranej oprawie muzycznej, niezwykłemu dopracowaniu scen oraz ekspresyjnej grze aktorskiej, można stanowczo powiedzieć, że widzowie zostali poddani terapii szokowej.


 z Michał Lewandowski i Jacek Strzelec

Następnym etapem terapii był spektakl prezentowany przez teatr „Fanaberia”, którego instruktor- Sebastian Podleśny na dobre wyleczył wszystkich z alkoholizmu. Przedstawienie w dosłowny sposób oddało realia życia większości ambitnych nastolatków, którzy z jednej strony nie chcą tracić radości życia a z drugiej pragną wielkich osiągnięć i prestiżu zarówno wśród rówieśników jak i nobilitacji w oczach dorosłych. Następuje powolny proces zapętlenia się młodego człowieka poprzez balansowanie na krawędzi dwóch przeciwstawnych sobie stylów życia. Alkohol pomaga na imprezie wyluzować się i odstresować a później narkotyki stanowią jedyny ratunek, aby powrócić do świata obowiązków i powinności. Człowiek uwięziony w tym młynku jest łatwą pożywką dla klaustrofobicznych i wszelkich lęków duszonych w podświadomości. W jednej ze scen zostało idealnie pokazane jak zagubiona istota bezskutecznie próbuje odpędzać się od szarpiących jej duszę krwiożerczych potworów, które urodziły psychoza i paranoja. Nawet, kiedy chciałoby się uciec, skończyć z tym, co nas pęta, to wśród tylu ludzi prawie niemożliwym jest znalezienie kogoś, kto podałby rękę. Powoli zaczyna w człowieku umierać wszystko, co niegdyś było wartością, a czego nawet anioły nie wskrzeszą do ponownego życia. Ten przejmujący obraz został świetnie oprawiony muzycznie, co spowodowało, że jego silna dydaktycznie wymowa uleczyła wszystkich pacjentów.


Michał Lewandowski i Jacek Strzelec

Niemniej jednak główny ordynator Miejskiego Centrum Ostatniej Nadziei odsłonił przed pacjentami to, co się dzieje w ludzkich umysłach, gdy znajdziemy się „IMTER SOMNIO ET MORTE” („między snem a śmiercią”).
Spektakl jest opowieścią o powolnym umieraniu, gdzie nadrzędną rolę odgrywa czas w postaci drewnianego koła. Pozornie dla każdego czas jest jeden i dla wszystkich ludzi ten sam, ale większą wartość zyskuje dopiero wtedy, gdy mamy go jak na dłoni z całym naszym życiem zawieszonym między snem a śmiercią. Spektakl rozgrywa się w dwóch przestrzeniach. Pierwszą jest szpital, gdzie lekarze z zaciekawieniem obserwują i poddają różnym eksperymentom medycznym nieprzytomnego pacjenta, natomiast drugą stanowią przeżycia samego pacjenta, który egzystuje w zupełnie innej rzeczywistości, zwiedzając najgłębsze pokłady swojej podświadomości, zarówno te, gdzie słodkie wspomnienia z dzieciństwa od lat zarastały kurzem, jak i te najmroczniejsze, gdzie nawet w najgorszych sennych koszmarach nie dane mu było oglądać. Te drugie, w których pojawiały się zupełnie odrealnione postacie, jakby wyjęte spod pędzla Salvadora Dalhi, które zarówno intrygowały jak i przerażały, szczególnie, gdy zaczęły grać częściami ludzkiego ciała i w jednej chwili na scenie, gdzie igrały z ludzką świadomością, widzom ukazał się obraz stworzony jakby na podobieństwo mitologicznych zabaw rozszalałego orszaku Dionizosa.


Katarzyna Drewniak 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz