czwartek, 14 lipca 2011

Dwutysięczna ósma depresja


Doprawdy urocza noc. Bawię się z odgłosami sąsiadów zza ściany. Muzyka, alkohol i żyć, nie umierać. Świętujemy pierwszy dzień Nowego Roku! Pozostawiliśmy wszystkie problemy za sobą kilka minut temu, nim wybiła dwunasta zero-zero. Tak, wszystkie utrapienia poszły w cholerę. Mówię to z przekąsem, bo całe moje życie jest, jak jeden wielki przekąs. Kęs suchej piętki od chleba, którego nie ma czym popić. Brak wody, piwa, kieliszka czystej. I krztusisz się porankiem, południem, wieczorem. W ustach wciąż ten sam parszywy smak życia. Codziennie.
Jestem desperatem. Jestem mężczyzną i świętuję Nowy Rok na czerwonej kanapie. Miejscówka dość sentymentalna, związana z uczuciami dogłębniejszymi. Albo tylko z wydrylinowanymi fantazjami, które tak naprawdę nigdy się nie ziszczą. Do tego trzeba by wróżki, cudotwórcy! Oszukuję się. Już w Nowym Roku pierwsze kłamstewka, przeinaczenia, skrzywienie lustra stojącego w przedpokoju. I po co ci to było, panie Anderson? Trzeba było brać tą czerwoną tabletkę? Gniłbyś przynajmniej w kłamstwie bardziej niż obecnie. Bez poczucia oszukiwania samego siebie.
Wyłączam telewizor, bo huczne, masowe widowiska źle na mnie działają. Panie w święcących mini przypominają, że wciąż jestem prawiczkiem. Wytykają mi swoimi długimi, ciągnącymi się chyba do samego nieba nogami, że cały rok gram praworęcznie. I wcale mi to nie pomaga. Ten rok ma parzystą końcówkę. Żebym tylko się nią nie sparzył za bardzo!
W poprzednim za to było coś nie pewnego, jakiś brak pełności. O pierwszej trzydzieści biorę tabletki na depresję, wstaję
i patrzę w swoje odbicie, w szybie. Rozdygotanej, brudnej, która co wieczór pełni funkcję ruchomego portretu mojej osoby. Nie interesuje mnie rozświetlone fajerwerkami osiedle i to, że po chodnikach leje się szampan, bąbelkowa radość. Sąsiedzi chyba się pozabijali, bo zrobiło się cicho. A może po prostu wyszli postrzelać petardami. Moja impreza się skończyła, szkoda że mnie nie zabrali ze sobą. Muszę pozmywać, posprzątać, ogarnąć całe mieszkanie.
Kiedy nagle: dzwoni telefon! Moja komórka! Dygocze, wibruje, prosi o odebranie. Ktoś o mnie pamiętał, pragnie mi złożyć najszczersze życzenia, do siego roku i nie martw się, wszystko będzie dobrze! Podnoszę go więc cały w panice, podnieceniu, radości, szczęśliwości. Odbieram!
-   Andrzej? – pada zapytanie.
-   Nie, ale mogę nim być. Mogę zostać Andrzejem, już teraz. Od zaraz.
-   To przepraszam. Pomyłka.
I rozłączył się. Mógłby chociaż życzyć szczęśliwego Nowego Roku. Ten naród zrobił się taki chamski. Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc! Co roku bardziej! Nawet ekspedientki w sklepach już nie odpowiadają „dzień dobry”
i „dowidzenia”, bo są zajęte swoimi sprawami. Pracą od siedmiu boleści! Jak roboty podają towar, przeliczają pieniądze
i pakują w staniki.
Odkładam telefon, bo trzymanie go w ręce dłużej nic nie pomoże. Zawiedziony co prawda, ale staram się przyzwyczajać. Tak, od kilku lat, od początku mojego życia próbuję się przyzwyczaić do pieprzonych zawodów. Zaraz się zamknę w sobie i do nikogo nie odezwę. Nie powiem ani słowa w kierunku żadnej ze ścian, fotela ni telewizora, ostrzegam!
I tak zaczynam smęcić się po domu bez celu, jak duch, kawałek woreczka nylonowego – od pokoju, do pokoju. Coś ze mną jest nie tak. Przecież powinienem się teraz bawić w doborowym towarzystwie ubrany w gustowny frak, świecące buciki
i z wielkim uśmiechem na twarzy śpiewać! Tańczyć i całować piękne kobiety, żonę szefa w policzek. I co? Mamy chrzaniony dwutysięczny ósmy a ja się użalam nad sobą. Mam depresję od dzieciństwa i nerwicę, którą się zaraziłem od ojca perfekcjonalisty. Matki nie mam, nie miałem, bo wyjechała gdy byłem mały. Nigdy nie wróciła. Ojca się nie pytałem, co z nią jest, gdzie przebywa. Przynajmniej ja mu dawałem święty spokój. Był nerwowym człowiekiem. Często gdy się do niego odzywałem przed południem wyskakiwała mu zgrabna żyłka na skroni. Pulsowała szaleńczo, jakby podtrzymywała całe jego życie.
Proszę cię, mój koniaku za dwadzieścia trzy pięćdziesiąt! Przestań nalewać mi więcej i więcej! Upijesz mnie, spijesz bezlitośnie! Już czuję, jak mnie piecze w gardle, kręci mi się w głowie. Świat szaleńczo wiruje dookoła kopiąc mnie w dupę! Raz po raz dostaję po pysku, nawet nie wiem za co, od kogo! Mamy Nowy Roook! Upiłem się koniakiem, dobiłem tanim winem na czarną godzinę spod piecyka. Świętujmy! Choć trzysta sześćdziesiąt pięć dni temu było podobnie, to nic! To nie zrażajmy się, jesteśmy mistrzami w deja vu. Przeżywaliśmy to już nie raz, nie dwa a dwadzieścia osiem długich razy! Całe nasze życie to jedna wielka taśma zakładowa. Produkują nas na skalę masową takich samym, zdesperowanych!
Niczym się nie różnię od człowieka rok temu. Wiem to na pewno. Gdy leżę pod kaloryferem i wzdycham, oddycham, próbuję łapać powietrze. To takie romantyczne, samotność, choroba wieku, burza i napór. Napiszę wiersz, będą mnie interpretowali za kilkanaście lat w szkołach, cytować na pogrzebach i narodzinach, szkolnych akademiach. Będę narodowym wieszczem, którego życie przygniotło trochę bardziej niż innych. Zasypiam.
Rankiem leczę kaca trzymając mokrą szmatę przy skroniach. Nie mam nawet tabletek na ból głowy. Moja lodówka jest pusta, wieje od niej komunizmem. Ni wody, ni jedzenia. Tak samo w telewizorze: jakaś kobieta energicznie wymachuje rękami, w jednej trzyma mikrofon i co pięć sekund, gdy oddala ją, nie słychać, co mówi. Ale ja się domyślam, jestem przecież wykształcony i inteligentny. Z resztą, co roku robią to samo (zadziwiające!) – głupia sonda uliczna pod tytułem „w Nowym Roku życzę sobie…” I ci ludzie odpowiadają, poważnie mówią, co sobie życzą.
Po jakimś czasie dobiegło to do końca. Chyba będą się zwijać, bo powoli wyskakują napisy na ekran. Jeszcze prowadząca, którą słychać już całkiem poprawnie wykrzykuje w moim kierunku, jakby specjalnie do mnie:
-   A ty, czego sobie życzysz w Nowym Roku?
Wtedy wybucham płaczem.


Dariusz Fijoł  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz